„Jak ma na imię twoja mama?”
„Marla”.
Wszystko zamarło.
Marla była pielęgniarką w szpitalu, gdzie zmarł Howard.
Spokojna. Delikatna. Zawsze powtarzała mi, żebym odpoczywała… żebym ufała personelowi.
Wtedy myślałam, że jest miła.
Teraz wydawało mi się to wyuczone.
Poprosiłam Eliego, żeby spotkał się ze mną po mojej zmianie.
Nie oskarżałam go o nic. Po prostu opowiedziałam mu o moim synu.
Jego nawykach. Jego śmiechu. O tym, jak nazywał gołębie „miejskimi kurami”.
I znamię.
Eli zamarł.
„Moja mama mawiała, że ten ślad pochodzi od „pecha mojej prawdziwej rodziny”” – powiedział cicho.
Serce mi waliło.
„Twojej prawdziwej rodziny?”
Skinął głową. „Zawsze unikała tego tematu”.
Następnego dnia poszliśmy do archiwum.