Nie był to prezent rodzinny. To był symbol ogromnego, międzynarodowego imperium technologicznego,
które zbudowałam całkowicie od podstaw, własnym potem, genialnym kodowaniem i
nieustannymi osiemdziesięciogodzinnymi tygodniami pracy.
Moja macocha, Barbara, była kobietą, której całe istnienie opierało się na
agresywnej, socjopatycznej kurateli jej wizerunku społecznego. Wyszła za mąż za mojego ojca,
kiedy miałam dwanaście lat, przyprowadzając ze sobą własną córkę, Chloe.
Chloe była wiecznym złotym dzieckiem. Miała obecnie dwadzieścia osiem lat,
nigdy w życiu nie przepracowała ani jednego ciężkiego dnia, lśniła w szytej na miarę, bogato zdobionej koralikami
jedwabnej sukni w kolorze kości słoniowej przy stole prezydialnym. Wychodziła za mąż za mężczyznę o imieniu Preston,
założyciela „rewolucyjnego” startupu technologicznego, który posługiwał się wyłącznie modnymi słowami i
aroganckimi uśmieszkami.
Przez dwie dekady byłam niewidzialną, niezawodną, rozczarowującą wyrzutką. Byłam dziewczyną, którą ukrywali w tle, dopóki nie potrzebowali opłaconego rachunku, poręczenia pożyczki lub cichego rozwiązania kosztownego problemu.
Nagle dziesięcioosobowy zespół koncertowy nagle przestał grać.