Nazywam się Evelyn Vance i drugiej nocy w chicagowskim penthousie, za który zapłaciłam w całości, mój mąż mimochodem oznajmił, że jego zbankrutowany brat, bratowa i trójka wrzeszczących dzieci wprowadzają się przed kolacją.
Powiedział to tak swobodnie, jakby prosił mnie o podanie soli. Bez dyskusji. Bez wahania. Bez żadnego łagodnego sformułowania, które mogłoby sprawić, że zabrzmi to jak wspólny ciężar. Stał tam ze szklanką drogiego bourbona w dłoni, bosymi stopami spoczywającymi na rozgrzanej marmurowej podłodze, emanując irytującą, pasożytniczą pewnością siebie człowieka, który pomylił swoją bliskość z moim sukcesem, z jego autorstwem.
Penthouse znajdował się pięćdziesiąt pięter nad Magnificent Mile, rozległą oazą szkła, ciemnego drewna i cichych, nietykalnych pieniędzy. Okna od podłogi do sufitu zamieniały miejską siatkę w lśniący, elektryczny ocean. Prywatna biblioteka była większa niż wilgotna, cuchnąca stęchlizną kawalerka, którą wynajmowałam dziesięć lat temu, gdy moja kariera była niczym więcej niż stertą listów odmownych i umierającym laptopem.