Kupiłam tę nieruchomość trzy tygodnie po podpisaniu umowy na ośmiocyfrową adaptację mojej serii fantasy, „Obsydianowy Dwór”. Gotówka. Bez kredytu hipotecznego. Bez zobowiązań wobec inwestorów. Bez rodzinnych pieniędzy. I absolutnie żadnego wkładu finansowego od męża ukrytego na jakimś zapomnianym wspólnym koncie.
Świat, który zbudowałam, był mój, zanim Marcus w ogóle się pojawił. Podobnie jak brutalne, bolesne lata. Zespół cieśni nadgarstka, ataki paniki, redaktorzy rozcinający moją duszę na stronie, noce, kiedy siedziałam na podłodze w łazience, próbując uspokoić oddech, bo miałam dwanaście dolarów na koncie i termin, którego nie mogłam dotrzymać. Kiedy w końcu sfinalizowano umowę ze studiem, nie czułam się olśniewająco. Czułam się jak żołnierz, który wyczołgał się z trwającego dekadę okopów i w końcu, na szczęście, mógł się wyprostować.
Marcus uwielbiał stać przy gotowym produkcie. Podczas finalizacji transakcji zakupu penthouse’u uśmiechnął się do pośrednika nieruchomości i powiedział: „W końcu znaleźliśmy dom naszych marzeń”. Na hollywoodzkiej premierze powiedział reporterowi: „Pracowaliśmy niesamowicie ciężko dla tego wszechświata”. To słowo – „my” – było jego ulubioną sztuczką magiczną. Używał go zawsze, gdy pojawiało się coś dopracowanego, lukratywnego lub prestiżowego, do czego można było się przywiązać. Zauważyłam to. Po prostu nie zaakceptowałam jeszcze, co to naprawdę znaczy.
Oparł się o elegancką wyspę kuchenną, powoli popijając bourbona. „David przyprowadza dziś rodzinę około piątej. Sarah pakuje teraz dzieciaki. Potrzebują miejsca, bo bank przejął ich dom”.