Podniosłam wzrok znad kartonowego pudła z pierwszymi wydaniami w twardej oprawie, które rozpakowywałam. „Słucham?”
„Jest mnóstwo miejsca” – powiedział, wskazując ręką na rozległy wschodni korytarz. „To miejsce jest ogromne, Evie”.
„Nie podejmujesz takich decyzji sam, Marcus. Nie w sprawie mojego domu”.
Wtedy jego wyraz twarzy się zmienił. Nie był dramatyczny i to było najbardziej niepokojące. Nie było wybuchu gniewu. Żadnej postawy obronnej. Tylko nagły, zimny, spłaszczony cień wokół oczu, jakby przedstawienie wspierające męża dobiegło końca i w końcu mogłam zobaczyć tę paskudną maszynerię pracującą pod spodem.
„Nie zaczynaj, Evelyn”.
„Pytam, dlaczego podjęłaś jednostronną decyzję o przeniesieniu pięciu osób do mojego domu bez ani jednej rozmowy”.
Zaśmiał się krótko, ostro i wyjątkowo paskudnie. „Twój dom?”
Ścisnął mi się żołądek. Zimna kropla przerażenia uderzyła mnie w trzewia. „Tak. Mój dom”.
Odstawił kryształową szklankę na marmur z ciężkim hukiem i ruszył w moją stronę z irytującą powolnością. „Evelyn, ten penthouse też jest mój. Kupiłaś go, gdy byłaś moją żoną. Wszystko, co masz, jest w połowie moje. A jeśli rodzina mojego brata ma tu mieszkać, to i tak tu zamieszka. Musisz się przyzwyczaić do tego, jak to działa”.
Są zdania, które potrzebują całej sekundy, żeby nabrać realizmu. Wpatrywałam się w niego, czekając na uśmieszek. Czekając na pokręconą puentę, która sprawi, że ta chwila będzie do przeżycia. Nigdy nie nadeszła.
„Zapłaciłam za to” – powiedziałam upiornie spokojnym głosem. „Z jedynych zysków ze studia”.
Wzruszył ramionami, poprawiając mankiety szytej na miarę koszuli. „Jesteśmy małżeństwem. Idę do biura. Oczekuję, że zanim wrócę z Davidem i dziećmi, uspokoisz się i przygotujesz pokoje gościnne”.