Na samym ekranie głównym otwarty był wątek w iMessage zatytułowany „The Boys”. To był czat grupowy między Marcusem a Davidem. Przewinąłem w górę, wodząc wzrokiem po niebiesko-szarych dymkach.
David: Jesteś pewien, że jej to nie przeszkadza? Trójka dzieci w penthousie? Sarah wścieka się, że się narzucamy.
Marcus: Spokojnie. Mówiłem ci, zajmuję się Evelyn. I tak jestem właścicielem połowy tego miejsca. Jutro przyjdą ekipy budowlane, żeby zburzyć jej mały pokój do pisania, kiedy będzie na konferencji prasowej. Do weekendu zbudujemy pokoje dla dzieci.
David: Jeśli się wścieknie?
Marcus: Nie wpadnie. Po prostu wmówię jej, że się zgodziła. Poza tym, po prostu przynieś wszystko dziś wieczorem. Zbyt bardzo dba o swój cenny wizerunek publiczny, żeby robić awanturę w holu.
Wpatrywałem się w świecący ekran. To nie był zwykły pasożyt. To był drapieżnik.
Sięgnęłam po telefon, ręce przestały mi drżeć. Wybrałam numer Victorii, mojej głównej prawniczki, kobiety obdarzonej ciepłem rekina i taktycznym geniuszem generała z czterema gwiazdkami.
„Victoria” – powiedziałam, kiedy odebrała. „Marcus ukradł czterysta czterdzieści tysięcy dolarów, żeby potajemnie wprowadzić swojego zbankrutowanego brata do mojego penthouse’u i wynajął ekipę rozbiórkową, żeby zdemolować moje studio”.
Na linii zapadła dwusekundowa pauza. Usłyszałam stukot długopisu.
„Gdzie on teraz jest?” – zapytała zabójczym głosem.
„Jest w pracy. Wróci o piątej z całą rodziną, żeby zająć to miejsce”.
„Evelyn” – powiedziała powoli Victoria. „Posłuchaj mnie bardzo uważnie. Nie kłóć się z nim. Nie pisz do niego. Zamkniemy bramy zamku i spalimy mu mosty, póki jeszcze na nich stoi”.
Następne sześć godzin było mistrzowską lekcją przemocy administracyjnej wobec zdradzonej kobiety.