Wyświetliłem transmisję na żywo na iPadzie. Do parkingu podjechał czarny SUV, a za nim rozklekotany minivan.
Marcus wysiadł z SUV-a, wyglądając na niesamowicie zadowolonego z siebie, w swoim szytym na miarę płaszczu. Z minivana wyłonił się David, wyglądający na wyczerpanego i niosący malucha. Jego żona, Sarah, blada i zaniepokojona, ciągnęła dwie walizki na kółkach. Za nimi ciągnęła się dwójka kolejnych dzieci, krzycząc i okładając się pluszakami. Boy hotelowy z trudem pchał mosiężny wózek bagażowy, zawalony kartonowymi pudłami, workami na śmieci pełnymi ubrań i rozmontowanym łóżeczkiem.
Przeszli przez okazały marmurowy hol z niezasłużoną pewnością ludzi, którym wyraźnie obiecano królestwo.
Na nagraniu z kamery widziałem, jak Marcus prowadzi rodzinę brata obok stanowiska konsjerża, machając protekcjonalnie do obsługi. Ominął główny zespół wind i poprowadził ich do wnęki, w której znajdowała się prywatna, wykończona mosiądzem winda do penthouse’u.
Marcus odwrócił się do Davida, powiedział coś z szerokim, aroganckim uśmiechem i wyciągnął z kieszeni swój elegancki, czarny brelok.
Przyłożył go do cyfrowego skanera.
Skaner wydał z siebie ostry, niski dźwięk. Na panelu błysnął jaskrawoczerwony pierścień LED.
Marcus zmarszczył brwi. Dotknął brelokiem nogi i przesunął go ponownie.
Brzęczenie. Czerwone światło.