Rzuciłam się do przodu, chwytając go w ramiona, a serce waliło mi w uszach. Odwróciłam się i zobaczyłam Eleanor Hayes stojącą tam, z ręką wciąż uniesioną w powietrzu, z oczami płonącymi żarzącą się, niepohamowaną wściekłością.
„Dlaczego to zrobiłaś?” Krzyknęłam, a mój głos się załamał.
„Zniszczył wizerunek mojego syna” – syknęła Eleanor.
„Ma sześć lat! Przeżywa żałobę!”
„To beztroski bachor” – warknęła. „Zupełnie jak kobieta, która go urodziła”.
Rozejrzałam się po pokoju. Vanessa ocierała oczy suchą chusteczką, a kącik jej ust drgnął z uśmieszkiem. Charles regulował zegarek. Nikt nie ruszył się, żeby pomóc. Elita miasta obserwowała spektakl z obojętnym zainteresowaniem ludzi w teatrze.
„To śmiecie” – powiedziała Eleanor, a jej głos opadł do zabójczej, spokojnej wibracji. „Przyniósł tej rodzinie tylko ruinę od momentu poczęcia”.
Rozdział 3: Wygnanie
Pokój zamarł, niczym obraz arystokratycznego okrucieństwa. Noah wtulił twarz w moją szyję, a jego drobne ciało wstrząsał szloch. Czułam żar bijący od czerwonej pręgi na jego policzku.
„Co ty właśnie powiedziałaś?” – wyszeptałam, a słowa drżały z furii, jakiej nigdy wcześniej nie znałam.
Vanessa zrobiła krok naprzód, jej diamenty odbijały światło żyrandoli. „Och, Jessico, skończmy z tą farsą. Naprawdę myślisz, że będziemy udawać wiecznie? Zawsze byłaś intruzem. Dziewczyną z klasy średniej z żałosną historią, która uwięziła mojego brata”.
„Kochałam go” – warknęłam.
„Wyssałaś z niego energię” – odparła Eleanor. „Miał przyszłość, zanim musiał dźwigać ciężar ciebie i tego… chłopaka”.
Charles Hayes pojawił się obok nich, wyglądając jak sędzia ogłaszający ostateczny wyrok. „To powinno było zostać załatwione lata temu. Tolerowaliśmy błąd Adriana w osądzie, bo nalegał. Ale Adrian odszedł. Ochrona odeszła”.
Spojrzał na mnie oczami, w których było mniej ciepła niż w zimowym grobie. „Spakuj się, Jessico. Masz dwie godziny”.
Poczułam, jak powietrze uchodzi z pokoju. „Co?”
„Ta posiadłość jest dla członków rodziny Hayesów” – powiedziała Eleanor, wygładzając czarną jedwabną suknię. „Nie dla ludzi, którzy przyjeżdżają z niczym i spodziewają się odziedziczyć cały świat z powodu pogrzebu. Nie jesteś już mile widziana w tej posiadłości”.
Rozejrzałam się po pokoju – po wspólnikach, kuzynach, „przyjaciółch”. Nikt się nie odezwał. Upokorzenie było fizycznym ciężarem, wciskającym mnie w potłuczone szkło. Spędziłam siedem lat, próbując ich pozyskać. Wysyłałam kartki, organizowałam kolacje, uśmiechałam się pomimo subtelnych uszczypliwości i nalegałam, żeby Noah nazywał je „Babcią” i „Dziadkiem”.
„Ufałam ci” – powiedziałam do Vanessy.