„Czas już. Chodź już”.
Rozłączyłam się. Spojrzałam na Charlesa, a potem na Eleanor. Po raz pierwszy tego dnia drżenie rąk ustało.
„Idę na górę się spakować” – powiedziałam, a mój głos odbił się echem w nagłej ciszy. „Ale nie wstrzymuj oddechu, czekając na taksówkę. Będziesz chciała tu być, kiedy drzwi się znowu otworzą”.
Rozdział 4: Projekt architekta
We wschodnim skrzydle rezydencji panowała cisza, co stanowiło ostry kontrast z drapieżną energią salonu na dole. Zaniosłam Noaha do prywatnego gabinetu Adriana – pokoju, który pachniał cedrem, starym papierem i słabą, utrzymującą się nutą jego wody kolońskiej.
Posadziłam Noaha na skórzanej sofie i uklęknęłam przed nim. Zimnym kompresem delikatnie otarłam ślad na jego twarzy.
„Boli?” – zapytałam.
„Babcia jest wredna” – wyszeptał, a jego warga drżała. „Czy ona mnie nienawidzi, bo zniszczyłem zdjęcie?”
„Nie, kochanie” – powiedziałam, a moje serce pękło po raz milionowy. „Jest wredna, bo nie umie być człowiekiem. To nie ma z tobą nic wspólnego. Ufasz mi?”
Skinął głową, szeroko otwierając oczy i wyrażając zaufanie.
„Zostań tutaj. Nie otwieraj drzwi nikomu poza mną. Muszę wziąć coś, co tata nam zostawił”.
Przeszłam przez pokój do wbudowanych regałów. Za fałszywym zestawem encyklopedii w skórzanej oprawie stał sejf. Adrian dał mi kod w naszą piątą rocznicę. 0-6-1-2 – dzień narodzin Noaha.
Kłódka zatrzasnęła się.
W środku znajdowała się gruba, kremowa teczka z napisem: DLA JESSIKI. W NAGŁYM WYPADKU.
Otworzyłam ją, a świat obrócił się wokół własnej osi.