„Dobrze” – powiedziałem, przebijając się przez hałas. Wstałem, napotykając zwycięskie spojrzenie Prestona. „Zrobię test. Ale jeśli mamy uszanować klauzulę „biologiczną”, powinniśmy być dokładni. Każdy, kto ubiega się o część spadku, zostanie pobrany wymaz. Bez wyjątku”.
Preston zaśmiał się, a dźwięk odbił się echem od mahoniowych półek. „W porządku, siostrzyczko. Nie mam nic do ukrycia”.
Ale kiedy mówił, dostrzegłam Diane. Przez ułamek sekundy jej opanowanie legło w gruzach, a na jej twarzy pojawił się wyraz czystego, nieskażonego przerażenia.
Rozdział 2: Kliniczny chłód
Następny tydzień był rozmazany przez sterylne białe ściany i szum lodówek w GeneTech Labs w Cambridge. Dr Rachel Morrison, specjalistka od kryminalistyki genetycznej, która wyglądała, jakby nie uśmiechała się od końca lat dziewięćdziesiątych, nadzorowała zbiórkę.
Preston wszedł pierwszy, wchodząc do gabinetu dumnie, jakby miał odebrać nagrodę. Puścił do mnie oko, wychodząc. „Nadchodzi jasność, Eleno. Mam nadzieję, że spodoba ci się twoje maleńkie mieszkanie, bo spędzisz w nim dużo czasu”.
Kiedy nadeszła moja kolej, moje dłonie były śliskie od potu. Dr Morrison pobrał wymaz z wnętrza
Pogłaskała mnie po policzku z kliniczną precyzją.
„Zdenerwowana?” zapytała neutralnym głosem.
„Spędziłam połowę życia, słysząc, że tu nie pasuję” – powiedziałam. „A ty byś nie?”
„DNA nie przejmuje się tym, co mówią ludzie” – odpowiedziała. „Markery albo są, albo ich nie ma. Wyniki za pięć do siedmiu dni”.
Spędziłam te dni w hotelu Courtyard Marriott. Nie mogłam wrócić do mieszkania i nie mogłam znieść pobytu w domu cieni. Pogrzeb odbył się w czwartek w kościele św. Pawła. Była to wielka, pusta uroczystość. Czterysta osób ubranych na czarno opłakiwało człowieka, którego znały tylko z bilansów.
Zaprowadzono mnie do sektora C, do tylnego rzędu, za dalekimi kuzynami i partnerami biznesowymi, którzy nawet nie znali drugiego imienia mojego ojca. Program był majstersztykiem wykluczenia: Żona: Diane Carmichael. Syn: Preston Carmichael. Inni krewni: Elena Carmichael.