Jej twarz zbladła.
Wziąłem ręcznik papierowy.
„To tylko sok pomarańczowy” – powiedziałem.
Nie ruszyła się.
Więc powtórzyłem.
„To tylko sok pomarańczowy, kochanie”.
Jej oczy napełniły się łzami.
Żadnego strachu.
Żadnej ulgi.
Wtedy zrozumiałam, że czasami uzdrowienie dziecka oznacza delikatne nauczenie go, że małe katastrofy nie są powodem do strachu.
Rok później mieszkanie nie wyglądało już tak samo.
Nie przeprowadziliśmy się, chociaż myślałam o tym setki razy.
Ale przemalowałam łazienkę.
Na bardzo jasny błękit.
Prawie na biało.
Zmieniłam dywanik, zasłony, ręczniki, lustro.
Wyrzuciłam stare butelki.
Została mi tylko mała zielona roślinka na parapecie i kosz pełen zabawek do kąpieli, wybranych przez samą Léę.
Szary królik, którego przytuliła tamtej nocy, odpoczywał teraz na półce w jej pokoju. Nie porzucony. Uhonorowany. Jak zmęczony mały opiekun, który skończył swoją pracę.
Pewnego wiosennego wieczoru, po kąpieli, Léa weszła do kuchni w piżamie z dinozaurami. Jej włosy pachniały wanilią i szamponem dla dzieci.
Kroiłam truskawki.
Usiadła cicho przy stole.
Potem zapytała:
„Mamo… czy ludzie, którzy robią złe rzeczy, zawsze zostają złapani?”
Pytanie padło cicho.
Ale niosło ze sobą ciężar wielkiego pytania.
Odłożyłam nóż.
Kucnęłam przed nią.
„Nie zawsze od razu” – odpowiedziałam.
Zastanowiła się przez chwilę.
„Ale czasami?”