„Léa” – powiedział Antoine.
Sposób, w jaki wymówił jej imię, sprawił, że wstała.
Ja też.
„Zajmę się tym dziś wieczorem” – powiedziałam.
Antoine odwrócił się do mnie.
Uśmiech pozostał, ale jego oczy się zmieniły.
„Dlaczego?”
„Bo chcę”.
Zaśmiał się cicho.
„Camille, jesteś wyczerpana. Masz jeszcze prace do sprawdzenia na jutro. Daj mi to zrobić”.
Uczyłam francuskiego w szkole średniej w Issy-les-Moulineaux. Wiedział, że zawsze mam prace do sprawdzenia, spotkania, e-maile od rodziców, dni ciągnące się do wieczora.
Umiał też wykorzystać moje zmęczenie przeciwko mnie.
„Nie przeszkadza mi to” – odpowiedziałam.
W kuchni zapadła cisza.
Léa spojrzała na nas po kolei.
Potem Antoine położył mi dłoń na ramieniu.
Na oczach naszej córki.
Czule.
Delikatnie.
Z tym fałszywym ciepłem, którego jeszcze nie rozpoznawałam.
„Naprawdę chcesz się kłócić o kąpiel?”
Nie wiedziałam, co powiedzieć.
Bo to był jego talent.
Sprowadzać mój dyskomfort do czegoś błahego.
Absurdalność tego wszystkiego.
Zmienianie mojego instynktu w kaprys.
Udawanie nerwowej, zmęczonej i nadopiekuńczej matki.
Więc pozwoliłam Antoine’owi pójść na górę z Léą.
I znienawidziłam siebie w chwili, gdy usłyszałam lejącą się wodę.
Tego wieczoru nie udało mi się ocenić ani jednej pracy.
Siedziałam przy stole w salonie z długopisem w ręku, wpatrując się w sufit. Nade mną leciała woda. Znowu. Znowu. Zbyt długo.
Kiedy w końcu zeszli na dół, oczy Léi były zaczerwienione.
„Mydło w jej oczach” – powiedział Antoine, zanim zdążyłam zapytać.
Léa nie protestowała.
Nie powiedziała ani słowa.