Następnego wieczoru Antoine wrócił do domu z bagietką pod pachą, jakby nic się nie zmieniło.
„Kupiłem eklerki czekoladowe” – powiedział do Léi.
Spojrzała na pudełko ciastek bez uśmiechu.
Zwrócił na to uwagę.
Jego twarz zamarła na chwilę.
Potem wrócił do swojego zwykłego tonu.
„Więc? Nie będziemy dziękować?”
„Dziękuję, tato”.
Głos mojej córki był tak cichy, że miałam ochotę płakać.
Po obiedzie wstał.
„Chodź, czas na kąpiel”.
Też wstałam.
„Najpierw posprzątam kuchnię” – powiedziałam.
Antoine ledwo na mnie spojrzał.
„Dobrze.”
Wziął Léę za rękę.
Nie chciała iść na górę.
Poznałem to po tym, jak zwolniła między stołem a korytarzem.
Ale i tak poszła na górę.
Pozwoliłem im zniknąć na dole.
Potem czekałem.
Usłyszałem trzask drzwi łazienki.
Kran.
Lejącą wodę.
Serce waliło mi w gardle.
Nie miałem żadnego planu.
Nie miałem telefonu w ręku.
Miałem tylko ten ogromny strach i tę chłodną pewność, że jeśli się nie ruszę tej nocy, nigdy sobie nie wybaczę.
Poszedłem na górę boso.
Powoli.
Każdy krok wydawał się zbyt głośny.
W korytarzu światło z łazienki sączyło się przez drzwi.
Ale drzwi nie były całkowicie zamknięte.
Były uchylone.
Ledwo.
Może dwa centymetry.
Wystarczająco dużo, aby wypuścić promyk światła.
Po pierwsze.
Wystarczająco, żebym zrozumiała, że to, co zaraz zobaczę, nigdy mnie nie opuści.
Podeszłam bliżej.
Docisnęłam dłoń do ściany, bo nogi mi drżały.
W środku wciąż leciała woda.
Antoine mówił cicho.
Nie mogłam rozróżnić słów.
Potem usłyszałam głos Léi.
Cichy.