Nie biegła korytarzem jak kiedyś, z mokrymi włosami, bosymi stopami, krzycząc, że jest delfinem.
Przycisnęła ręcznik mocno do piersi, zgarbiła ramiona i spuściła wzrok.
Jakby coś w niej pękło.
Pewnego wieczoru wyciągnąłem rękę, żeby poprawić jej wilgotny kolczyk za uchem.
Wzdrygnęła się.
Ledwie.
Drobny ruch.
Prawie nic.
Ale są prawie nic, które budzą matkę gwałtowniej niż krzyk.
Poczułem dreszcz w piersi.
„Kochanie?” wyszeptałem.
Léa pokręciła głową, nie patrząc na mnie.
„Jestem zmęczony”.
Antoine wyszedł za nią, wycierając ręce ręcznikiem.
„Jest dziś niespokojna” – powiedział. „Rozlała wszędzie wodę. Naprawdę, wykończyła mnie”.
Léa jeszcze bardziej spuściła głowę.
Widziałem ją.
W tym momencie naprawdę ją widziałem.
Nie jak zmęczone dziecko.
Jak dziecko, które boi się za ciężko oddychać.
Następnego dnia, przy obiedzie, odmówiła zjedzenia zapiekanki z cukinii, mimo że ją uwielbiała. Antoine rzucił jej długie, milczące spojrzenie.
Léa natychmiast sięgnęła po widelec.
„Proszę” – powiedział cicho. „Widzisz, kiedy chce, potrafi być grzeczna”.
Słowo „grzeczna” ścisnęło mnie w gardle.
Po posiłku Antoine wstawił talerz do zlewu, a następnie pogłaskał Léę po włosach.
„Chodź, czas na kąpiel”.
Nie ruszyła się z miejsca.
Jej małe dłonie zacisnęły się na krawędzi stołu.