Przesłoniwszy światło księżyca, do portu wpłynął potężny, niewyobrażalny lewiatan morza. Był to zbudowany na zamówienie, 90-metrowy, matowoczarny megajacht. Przyćmił wszystkie jednostki w marinie, sprawiając, że wynajęty luksusowy jacht Prestona wyglądał jak żałosna plastikowa zabawka do kąpieli.
Megajacht nie pojawił się sam. Po bokach jego masywnego kadłuba znajdowały się cztery eleganckie, czarne, wojskowe motorówki, których ciężkie silniki ryczały z agresywną, taktyczną precyzją.
Motorówki rozbiły szyk, gwałtownie przyspieszając po wodzie. Nie cumowały przy publicznych pochylniach; Agresywnie rzucili się na Ocean’s Pearl, odcinając mu dziób i rufę, skutecznie blokując przyjęcie zaręczynowe w skoordynowanym, wrogim manewrze.
Tłum bogatych gości pogrążył się w przerażonej, zdyszanej ciszy. Muzyka ucichła.
Masywny megajacht rzucił kotwicę z ciężkim, metalicznym hukiem, który rozbrzmiał echem niczym wystrzał z pistoletu. Hydrauliczna rampa wejściowa opadła z mechanicznym sykiem bezpośrednio na nabrzeże, niecałe sześć metrów od miejsca, w którym drżałam z zimna z Mią.
Dużo potężnych mężczyzn w identycznych czarnych kombinezonach taktycznych i słuchawkach zbiegło po rampie. Nie wyglądali na typowych ochroniarzy; poruszali się z przerażającą, wojskową precyzją. Czterech z nich natychmiast zablokowało główne wyjścia z nabrzeża, podczas gdy pozostali utworzyli ochronny pierścień wokół podstawy rampy.
Z cieni dolnego pokładu megajachtu wyłoniła się postać.
Damian wszedł w światła portu.
Był zapierająco onieśmielający. Miał na sobie idealnie skrojony, granatowy włoski garnitur, który podkreślał jego szeroką, muskularną sylwetkę. Jego twarz, zazwyczaj wyrzeźbiona w wyraz spokojnego, wyrachowanego autorytetu, teraz wykrzywiła się w maskę czystej, nieskażonej, przerażającej wściekłości. Jego ciemne oczy wpatrywały się w dok niczym drapieżnik szukający krwi.
Spojrzał w stronę latarni i mnie zobaczył.
Widział moje mokre włosy, błoto oblepiające moje nogi i swoją czteroletnią córkę drżącą gwałtownie w moich ramionach.
Temperatura wokół Damiana zdawała się spadać o dziesięć stopni. Burza w jego oczach nasiliła się do śmiertelnej, cichej furii. Nie biegł; szedł ku nam powolnymi, miarowymi, ciężkimi krokami, które obiecywały całkowitą zagładę każdemu, kto ośmieliłby się stanąć mu na drodze.
Nieskazitelna, przerażająca władza emanująca od Damiana wywołała falę autentycznej paniki wśród tłumu na jachcie nad nami. Byli to bogaci, roszczeniowi ludzie, przyzwyczajeni do traktowania z najwyższą powagą. Ale patrząc na ciężko uzbrojonych mężczyzn pilnujących doków, nagle zdali sobie sprawę, że ich członkostwo w klubie golfowym nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia.
Damian dogonił mnie pod latarnią. Jego przerażony wyraz twarzy złagodniał na ułamek sekundy, gdy spojrzał na Mię. Zrzucił z siebie ciężką, drogą marynarkę i narzucił ją na moje drżące ramiona, otulając ciepłą, suchą tkaninę.
wokół mnie i naszej córki. Jego duża, ciepła dłoń delikatnie objęła mój kark.
„Jestem tutaj, minha vida (moje życie)” – wymamrotał po portugalsku, całując moje zamarznięte czoło. „Jesteś ranna?”
„Nic mi nie jest” – wyszeptałam, chowając twarz w jego piersi, wdychając znajomy, kojący zapach soli morskiej i drogiej wody kolońskiej o zapachu cedru. „Ale wepchnęli nas do wody, Damian. Śmiali się z niej”.
Szczęka Damiana zacisnęła się tak mocno, że usłyszałam zgrzytanie zębów. Powoli odwrócił głowę, patrząc w górę na jasno oświetlone pokłady Ocean’s Pearl. Spojrzał w oczy swojemu głównemu dyrektorowi ds. bezpieczeństwa, olbrzymiemu mężczyźnie o imieniu Viktor.