Sześć miesięcy po tym, jak moja mama przyjechała do nas do Paryża, żeby opiekować się moją córką… zauważyłam, że jej brzuch rośnie z każdym dniem.
I tej nocy, kiedy włączyłam kamerę w niani, pożałowałam tego.
Nazywam się Élise Moreau, mam 29 lat i mieszkam z mężem Thomasem i naszą córeczką Clarą w mieszkaniu w 15. dzielnicy, niedaleko Convention.
Pracuję w firmie technologicznej w La Défense. Spotkania, telefony, stosy plików, wiadomości przychodzące nawet późno w nocy… Moje życie przypominało wyścig bez mety.
Kiedy urodziła się Clara, wszystko stało się jeszcze bardziej skomplikowane.
Stać nas było na nianię, ale nie mogłam się zdobyć na to, żeby zaufać obcej osobie, która opiekowałaby się moim dzieckiem przez cały dzień. Poprosiłam więc moją mamę, Madeleine, która mieszkała w Marsylii, żeby przyjechała i pomogła nam przez jakiś czas.
Zgodziła się bez wahania.
Od momentu, gdy się pojawiła, mieszkanie wydawało się inne.
Znów pachniało kawą rano, gorącą zupą wieczorem, praniem poskładanym w szafach, a przede wszystkim Klarą otaczała miłość, której nikt inny nie mógłby jej dać.
Moja mama zawsze powtarzała:
„Nie przyjechałam tu do pracy, córko. Przyjechałam tu, żeby kochać wnuczkę”.
Byłam tak wdzięczna, że starałam się dawać jej wszystko, co mogłam.
Kupowałam jej ubrania, wygodne buty, ładne apaszki. Chciałam też dawać jej trzysta euro miesięcznie, przynajmniej na osobiste wydatki.
Ale ona zawsze odmawiała.
„Oszczędzaj pieniądze dla Klary, Elise. Nie potrzebuję wiele”.
Przez pierwsze kilka miesięcy wszystko wydawało się prawie spokojne.
Potem, około piątego miesiąca, zaczęłam coś zauważać.
Moja mama jadła mniej.
Mówiła, że nie jest głodna.
Jednak jej brzuch stawał się coraz bardziej okrągły.
Na początku myślałam, że to wiek, trawienie, brak ruchu. Miała ponad pięćdziesiąt lat i odkąd opiekowała się Klarą, wychodziła rzadziej niż wcześniej.
Pewnego niedzielnego poranka, gdy piekła szarlotkę w kuchni, powiedziałam do niej z uśmiechem:
„Mamo, rośnie ci brzuszek, prawda?”
Położyła dłoń na dolnej części pleców, uśmiechnęła się słabo i odpowiedziała:
„To wiek, kochanie. Ciało już nie robi tego, co chce”.
Nie naciskałam.
Ale w szóstym miesiącu nie mogłam już zmrużyć oka.
Jej brzuch zrobił się naprawdę duży, wręcz napięty, a jej ramiona, twarz i barki zdawały się chudnąć. Czasami jej cera była szara. Zatrzymywała się na środku korytarza, żeby złapać oddech.
W nocy słyszałam, jak cicho chodzi po mieszkaniu.
Kiedyś zastałam ją siedzącą w salonie, z jedną ręką na brzuchu, a drugą na oparciu sofy, z zamkniętymi oczami, jakby powstrzymywała krzyk.
„Mamo, idziemy do lekarza”.
Od razu pokręciła głową.