Pierwszego dnia piekłam warstwy. Pierwsza warstwa wyszła o ułamek cala za bardzo pochylona z jednej strony. Poziomica uznałaby ją za idealną. Serce mówiło mi, że to porażka. Pozwoliłam im ostygnąć, starannie je zapakowałam i dałam naszej starszej sąsiadce. Potem zaczęłam od nowa, tym razem ważąc ciasto, upewniając się, że każda z trzech foremek ma dokładnie taki sam potencjał. Do wieczora trzy idealnie płaskie, niesamowicie pachnące waniliowe biszkopty stygły na kratce.
Drugiego dnia przygotowywałam nadzienie – krem truskawkowy, który sama zrobiłam, sama obierając i miażdżąc jagody, a następnie gotując je na dżem, który zawierał więcej owoców niż cukru. To była ta część ciasta, której nikt nie miał zobaczyć, sekret ukryty między warstwami. To była najważniejsza część.
Trzeciego dnia, w sobotę, poświęciłam lukier. Mieszałam krem maślany, aż stał się mgiełką, lekką i zwiewną. Niebieski barwnik był delikatny; jedna kropla za dużo i byłby jaskrawym, chemicznym błękitem. Chciałam koloru pełnego nadziei porannego nieba. Gdy wcierałam kolor, Eli wszedł do kuchni, bosymi stopami bezszelestnie stąpając po linoleum. Oparł brodę o blat, obserwując.
„Mamo, czy to wygląda jak dinozaur?” – wyszeptał, a jego oddech tworzył mgiełkę na stalowej misce.
Zanurzyłam łyżkę w wodzie i podałam mu ją. „Ty mi powiedz”.
Skosztował, zamykając oczy z rozkoszy. „Jest lepiej. Smakuje jak szczęśliwa chmurka”.