Dziedziniec wybuchnął brawami i lekko fałszywą interpretacją „Happy Birthday”. Przez jedną idealną, ulotną sekundę wszechświat się ułożył. Uprzejme uśmiechy wydawały się szczere. Tanie serpentyny wyglądały jak transparenty z życzeniami. Świat, który tak pieczołowicie zbudowałem, wydawał się prawdziwy i był prawdziwy.
Wtedy Dariusz wystąpił naprzód.
Oklaski ucichły. Nie uśmiechał się. Nie śmiał się. W jego oczach malowała się niepokojąca cisza, spojrzenie, które już wcześniej widziałem – to, które zapowiadało okrutny żart, ciętą uwagę. To, które zawsze wykorzystywało mnie jako puentę.
„Wiesz, Marissa” – powiedział, a jego głos niósł się po cichym podwórku. „Zawsze wkładasz we wszystko tyle pracy. Tak bardzo się starasz, żeby wszystko było… idealne”.
Poczułem zimny ucisk w żołądku. Zacząłem wstawać, kroić ciasto, przyspieszać tę chwilę. Ale on był szybszy.
Nie wahał się.
Położył jedną dużą dłoń na tyle mojej głowy i wplątał palce w moje włosy.
I wepchnął moją twarz w ciasto.
#### **Rozdział 2: Dźwięk ciszy**
Uderzenie było delikatne, niemal delikatne. Głuche uderzenie, a potem cichy chlupot kremu maślanego. Mój nos i usta wypełniła mdła słodycz. Przez chwilę czułem tylko zapach wanilii i stłumiony odgłos własnego zaskoczenia.
Ale cisza, która nastąpiła, była głośniejsza niż krzyk.