„Pat! Pat, proszę!” – błagał Eric, walcząc z agentami, którzy go trzymali. Arogancki, nietykalny architekt zniknął; zmienił się w płaczącego, żałosnego tchórza. „Powiedz im, że to kłamstwo! Powiedz im, że Lena jest szalona! Wiesz, że jestem dobrym człowiekiem! Mam pieniądze! Mogę ich spłacić! Proszę, Pat!”
Zrobiłam powolny, rozważny krok naprzód, ignorując uzbrojonych agentów pilnujących terenu. Wkroczyłam wprost w jego przestrzeń osobistą, nachylając się ku jego spoconej, przerażonej, zakrwawionej twarzy.
„Myślałeś, że jestem tylko płaczącą matką” – powiedziałam cicho, a mój głos rozbrzmiał wyraźnie w chaotycznym holu. „Myślałeś, że możesz pobić moją córkę, zamordować mojego wnuka i chować się za swoimi kontami bankowymi”.
Wpatrywałam się głęboko w jego przerażone oczy, upewniając się, że zdaje sobie sprawę z absolutnej, nieodwołalnej ostateczności swojego losu.
„Zapomniałeś, Ericu” – wyszeptałem chłodno – „że to matki uczą potwory, jak bać się ciemności. Miłego pobytu w więzieniu federalnym. Podobno więźniowie mają tam specjalny, niezwykle entuzjastyczny komitet powitalny dla bogatych mężczyzn, którzy biją kobiety w ciąży na śmierć”.
Cofnąłem się, kiwając głową w stronę agenta prowadzącego. „Zabierz te śmieci z mojego pola widzenia”.
„Ruszaj się!” – rozkazał agent, gwałtownie popychając Erica w stronę rozwalonych drzwi.
Nie zostałem, żeby patrzeć, jak agenci federalni systematycznie rozbierają jego nieskazitelny dom na kawałki w poszukiwaniu ukrytych ksiąg, kluczy routingu i zaszyfrowanych dysków twardych, które Marcus obiecał tam mieć.
Wyszedłem przez zniszczone drzwi wejściowe w chłodny, jasny poranek Arizony. Wschodzące słońce rzucało długie, piękne, złote cienie na jego wypielęgnowany, idealnie zadbany trawnik.
Wsiadłem do mojego rozklekotanego pickupa, odpaliłem silnik i pojechałem prosto do szpitala. Praca detektywistyczna dobiegła końca. Drapieżnik był w klatce.
Czas było znów zostać matką.
6. Światło na końcu