„Ewakuacja medyczna” – odpowiedział natychmiast lekarz. „Prywatny helikopter ewakuacji medycznej z kontynentu. Mają na pokładzie mobilny oddział intensywnej terapii i zespół pediatryczny. Mogą tu być za czterdzieści pięć minut. Ale to prywatny kontrahent, pani Vance. Nie wyślą śmigłowca bez przelewu bankowego z góry. To pięćdziesiąt tysięcy dolarów”.
„Zadzwoń do nich” – wykrztusiłam, a łzy w końcu wypłynęły mi z oczu i spłynęły po policzkach. „Zadzwoń do nich natychmiast. Mam pieniądze”.
Byłam Clarą Vance, starszą wspólniczką w prestiżowej firmie architektonicznej w Chicago. Przez ostatnie dwanaście lat budowałam małe imperium i w tym procesie stałam się beznarzekającym filarem finansowym dla mojej matki, Beatrice, i mojej młodszej siostry, Daphne. Finansowałam ich życie, płaciłam czynsz, a zaledwie tydzień temu zapłaciłam za ich dwutygodniowy, ultraluksusowy rejs jachtem po Morzu Śródziemnym. Wierzyłam, z żałosną desperacją, że zapewnienie im bytu zapewni mi rodzinną miłość, której zawsze pragnęłam.
Z drżącymi rękami wyciągnęłam smartfon z kieszeni. Otworzyłam aplikację bankową i od razu przeszłam do „Funduszu Rodzinnego na Sytuację Ratunkową”. Było to wspólne konto, które założyłam lata temu, stale przechowując ponad sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów na wypadek katastrof, takich jak ta.
Aplikacja uwierzytelniła moją twarz. Ekran się załadował.