Ściany mojego starego, rozpadającego się domu z suszonej cegły były przez dziesięciolecia jedynymi niemymi świadkami mojego ciężkiego, uczciwego i biednego życia. Nazywam się Asim, człowiek, którego ręce całe życie tkwiły głęboko w wiejskim błocie, łamiąc kręgosłupy na cudzych budynkach dla kawałka suchego chleba. Nigdy nie miałem własnej rodziny, a moim domem było tylko to małe, chwiejne palenisko, z którego woda przeciekała w każdym kącie. Mimo to, nawet w tak skrajnej nędzy, moja twarz zawsze była czysta, a moje serce zawsze otwarte na niedolę innych.
Dokładnie trzydzieści lat temu nasz region nawiedziła straszliwa, bezprecedensowa zimowa zamieć, która zmroziła krew w żyłach i zatrzymała wszelkie życie. Wracałem pieszo z ciężkim ładunkiem węgla, przedzierając się przez zaspy śnieżne o wysokości znacznie przewyższającej człowieka. W kieszeni starego, roboczego płaszcza niosłem tylko jedną skórkę suchego chleba, która powinna być moim całym obiadem. Zbliżając się do drewnianej furtki, przez wycie lodowatego wiatru usłyszałem ciche, ledwo słyszalne jęki dochodzące z głębokiego śniegu.