Podzielił się ostatnim kawałkiem chleba z głodnym nieznajomym, a gdy
Ale w chwili, gdy zrobiłem pierwszy desperacki krok ku mojej grobowej zagładzie, przez błoto przebił się niewiarygodnie potężny dźwięk silnika. Od strony głównej drogi, przecinającej gęstą jesienną mgłę, pojawiła się kolumna czterech luksusowych, nowiutkich, czarnych SUV-ów z włączonymi światłami. Zatrzymały się z przeraźliwym piskiem hamulców tuż przed moim przeklętym, błotnistym podwórkiem, fizycznie blokując drogę tym aroganckim i bezlitosnym katom. Z pierwszego samochodu, w nienagannie skrojonym garniturze i z niewiarygodnie determinującym, dumnym wyrazem twarzy, wysiadł potężny, elegancki mężczyzna w dojrzałym wieku.
Szedł prosto na mnie przez najgłębsze wiejskie błoto, zupełnie nie przejmując się tym, że brudzi swoje bajecznie drogie, zagraniczne skórzane buty. Jego oczy, choć teraz emanowały niewiarygodną mocą i autorytetem, miały ten sam rozpoznawalny, ciepły, dziecięcy wzrok, który widziałem trzy dekady temu. To był ten mały Kenan, chłopiec, któremu wtedy dałem płaszcz, a teraz niezwykle odnoszący sukcesy właściciel ogromnej, międzynarodowej spółki holdingowej. Jego uczciwy, dochodowy kapitał biznesowy przynosił mu miliony na kontach, ale nigdy nie zapomniał, na kim polegał w swoim luksusowym życiu.