Przez chwilę myślisz, że cię słyszy.
Potem mówi: „Ale żeby nas wykreślić z majątku? Mamo, to okrutne.”
Znów to samo.
Majątek.
Zakładasz ręce.
„Kiedy umarł twój ojciec, każde z was obiecało, że nie będę sama. Pamiętasz?”
Nikt nie odpowiada.
„Obiecałaś, że będziesz mnie odwiedzać. Obiecałaś niedziele. Obiecałaś święta. Obiecałaś rodzinę. Nie prosiłam o perfekcję. Prosiłam o obecność.”
Stephanie szepcze: „Zrobiłyśmy bałagan.”
„Tak.”
„Ale ludzie popełniają błędy” – mówi podniesionym głosem. „Nie wymazuje się z tego powodu swoich dzieci.”
Patrzysz na nią.
„Nie wymazałam cię. Przestałam pozwalać, żebyś wymazała mnie.”
Michael odchyla się do tyłu, teraz zły. „Chodzi o pieniądze.”
O mało się nie uśmiechnęłaś.
„Tak. Dla ciebie tak.”
Jego twarz się rumieni.
Bierzesz głęboki oddech. „Dla mnie chodzi o to, żeby w końcu zrozumieć, że czekałaś na moją śmierć z większą uwagą, niż kiedykolwiek obserwowałaś mnie na żywo.”
Laura łapie oddech.
Stephanie zaczyna płakać jeszcze głośniej.
Michael wstaje. „To obrzydliwe, co mówisz”.
Patrzysz na swojego syna, chłopca, którego kiedyś trzymałaś w szpitalu po tym, jak złamał rękę, skacząc z dachu garażu, mężczyznę, który zostawił cię przed swoim przyjęciem urodzinowym z tortem w rękach.
„To było obrzydliwe, że to zrozumiałaś”.
W kawiarni zapadła cisza.
Michael siada, bo ludzie się gapią.
Głos Laury łagodnieje, ale nie na tyle. „Mamo, czego od nas chcesz?”
Pytanie powinno brzmieć jak nadzieja.