„Co właśnie powiedziałaś?”
Chloé zacisnęła usta, jakby to zdanie kosztowało ją lata. Potem wyciągnęła kolejny plik pogniecionych papierów: potwierdzenia przelewów, pożółkłe koperty, kilkakrotnie napisany adres i zdjęcie mojej starszej mamy stojącej przed małym salonem z różową zasłonką.
Na szyldzie widniał napis:
„U Isy — Fryzury, Farbowanie, Manicure”.
Poniżej, niebieskim długopisem, ktoś napisał:
Awinion, Rue des Teinturiers.
Wpatrywałam się w to słowo, jakby było fałszywe.
Awinion to nie był kolejny kontynent.
To nie była niemożliwa historia.
To było kilka godzin jazdy od Lyonu, może nawet mniej pociągiem, od miejsca, w którym dorastałyśmy, wierząc, że nasza mama po prostu zniknęła.
„Tata wiedział” – wyszeptałam.
Chloé spuściła wzrok.
„Chyba tak”.
Otworzyłam kartkę z moim imieniem.