Powtórzyłam, nie im, ale dwunastoletniej Camille, wciąż ukrytej za furgonetką z naleśnikami, z torbą szkolną przyciśniętą do ciała.
„To nie była moja wina”.
Chloé podeszła do mnie i przytuliła mnie.
Potem Léa.
Płakałyśmy we trzy, ale już nie jak sieroty.
Płakałyśmy jak siostry, które w końcu znalazły prawdziwe imię dla swojej rany.
Moja mama nie dołączyła do nas w uścisku.
Ojciec też nie.
I to była słuszna decyzja.
Przed wyjściem Noah wrócił po swoją torbę z ciastkami. Spojrzał na nas z przerażeniem. Léa, która zawsze była najtwardsza, podała mu torbę.
„Niczego nie jesteś winien, dobrze?”
Chłopak skinął głową, nie do końca rozumiejąc.
Ale zrozumiałam.
Nikt nie miał odziedziczyć naszych złamanych słów.
Wyszliśmy, gdy popołudnie zaczęło słabnąć. Kamienie Awinionu nabierały złocistego odcienia. Wiatr wprawiał plakaty na ścianach w drżenie. W oddali słychać było dzwony kościelne, a kawiarnie wypełniały się ludźmi głośno rozmawiającymi, jakby zwyczajne życie wciąż miało prawo istnieć.