„Tak”.
To słowo znaczyło więcej niż jakiekolwiek przeprosiny.
Chloé płakała za mną. Mama spojrzała na nią z czułością, która nadeszła zdecydowanie za późno.
„Chloé…”
„Nie” – powiedziała moja siostra. „Nie mów do mnie w ten sposób. Jeszcze nie.”
Mama spuściła głowę.
W tym momencie drzwi się otworzyły.
Wszedł chłopiec z niebieskim tornistrem na plecach i paczką ciastek w ręku. Musiał mieć jedenaście lat. Zatrzymał się, gdy nas zobaczył, zdezorientowany.
Miał oczy mojej mamy.
Plotka okazała się prawdziwa.
Klatka piersiowa ścisnęła mi się w nowy, jeszcze bardziej obrzydliwy sposób.
„Kto tam?” – zapytał.
Mama wytarła ręce w fartuch.
„Noah, idź na chwilę do pani Roussel, proszę.”
„Czy to klienci?”
Nikt nie odpowiedział.
Chłopak spojrzał na Chloé, a potem na mnie. Coś – może krew, może cisza – uświadomiło mu, że nie powinien już zadawać pytań. Położył torbę na krześle i wyszedł bez protestu.
Poczułam, że znów staję się dwunastoletnią dziewczynką.
„Wychowałaś go”.
Mama położyła rękę na piersi.
„Tak”.