W wieku piętnastu lat wciąż płakałam po kryjomu w szkolnej toalecie. Léa udawała silną. Chloé pytała, dlaczego matki innych dzieci przychodzą na szkolne festyny, a nie nasza. Ojciec powiedział, że Isabelle postanowiła o nas zapomnieć.
Wyszłam z pokoju z torbą w ręku.
Ojciec był w kuchni, zmywał naczynia.
Ta sama kuchnia.
Ten sam szum wody.
Te same zmęczone plecy, których broniłam całe życie.
„Dlaczego to ukryłaś?”
Nie odwrócił się od razu.
Odpowiedział, zanim zdążył wydusić z siebie ostatnie słowo.
Zakręcił kran. Wytarł ręce w ściereczkę kuchenną. Kiedy zobaczył torbę, jego twarz zapadła się jak stara ściana.
„Camille…”
„Nie zaczynaj tak.”
Mój głos zabrzmiał szorstko, obco.
Léa, która zbierała szklanki w salonie, zamarła w bezruchu. Chloé pojawiła się za mną, blada, ale się nie cofnęła. Tym razem żadna z nas nie zamierzała chować się w korytarzu.
„Mówiłaś, że nigdy nie wróciła” – kontynuowałam. „Mówiłaś, że nigdy nie dzwoniła, nigdy o nas nie pytała, nigdy nie chciała nas więcej widzieć.”
Ojciec przesunął dłonią po czole.
— Wróciła raz.
Poczułam, że coś znowu pęka.