Po raz pierwszy w życiu nie miał prawa decydować, jak bardzo prawda mnie zrani.
Wyjechaliśmy z Lyonu Part-Dieu pod szarym niebem. W pociągu budynki ustępowały miejsca polom, małym stacjom, nagim platanom wzdłuż dróg i kamiennym wioskom. Kiedy Rodan pojawiał się co jakiś czas za oknem, Chloé oparła czoło o szybę.
„Myślisz, że nas zobaczy?”
Ścisnęłam list w palcach.
„Nie wiem nawet, czy uda mi się ją zobaczyć”.
Awinion powitał nas suchym wiatrem, białym światłem i mieszanką zapachów pieczywa, ciepłego kamienia i starych murów, które skrywają tajemnice dłużej niż ludzie.
Szliśmy w pobliżu murów obronnych, a potem wąskimi uliczkami, gdzie niebieskie okiennice zdawały się zmęczone słońcem. W sklepie sprzedawano figurki szopkowe. Dalej starsza kobieta wychodziła z piekarni z bagietką pod pachą. Turyści robili zdjęcia, nieświadomi, że zaledwie kilka ulic dalej dwie dziewczyny miały spotkać kobietę, która je porzuciła.
Salon był tam.
Różowa zasłona.
Lekko wyblakłe litery.
Na ścianie wisiała zwiędła glicynia.
Poczułam mdłości.
Chloé wzięła mnie za rękę.
„Nie musisz tego robić sama”.
Pchnęłam drzwi.
Nad naszymi głowami zadźwięczał mały dzwoneczek.