W środku pachniało lakierem do włosów, acetonem i tanim szamponem. Były tam dwa fotele, duże lustro z dziurami na krawędziach, lakiery do paznokci ułożone kolorami i radio grające starą piosenkę Francisa Cabrela.
Kobieta pochylała się, składając serwetki.
„Zaraz wracam, proszę pani”.
Potem podniosła wzrok.
Moja mama upuściła serwetki.
Nie krzyknęła.
Nie podbiegła do mnie.
Stała tam, wpatrując się we mnie, jakby właśnie zobaczyła ducha, który wszedł do pokoju, wciąż ubrana w mój szkolny mundurek.
„Camille”.
Jej głos był ten sam.
Raczej.
Bardziej zmęczony.
Ale ten sam.
Wyobrażałem sobie tę chwilę tysiąc razy.
W niektórych wersjach ją obraziłem.
W innych padła na kolana, błagając mnie o wybaczenie.
W najgorszym razie wpadłbym jej w ramiona, jakby nic się nie stało.
Nic takiego nie zrobiłem.