Wychodziłem przez ciężkie mosiężne drzwi Le Bernardin, ekskluzywnej, niemożliwie ekskluzywnej restauracji w centrum miasta. Właśnie skończyłem uroczystą kolację po sfinalizowaniu wartej wiele milionów dolarów fuzji z europejską firmą technologiczną. Czułem się pełen energii, silny i w pełni w swoim żywiole.
Stałem pod markizą, poprawiając kołnierz mojego szytego na miarę wełnianego płaszcza, czekając, aż mój szofer, Thomas, podjedzie srebrnym Bentleyem na krawężnik.
Stojąc tam, rozkoszując się chłodnym nocnym powietrzem, mój wzrok powędrował ku ruchliwej, mokrej od deszczu ulicy.
Na przeciwległym rogu znajdowała się ledwo funkcjonująca, jasno oświetlona, całodobowa, tłusta knajpka. Przez dużą, zaschniętą szybę zobaczyłem mężczyznę wycierającego winylową kabinę brudną szmatą.
To był Ethan.
Miał na sobie poplamiony brązowy fartuch nałożony na wyblakły T-shirt. Wyglądał na postarzałego o dekadę. Włosy mu się przerzedziły, ramiona miał wiecznie zgarbione, a jego dawna arogancka postawa, którą paradował w naszym podmiejskim salonie, została całkowicie i nieodwracalnie złamana przez trudną rzeczywistość życia za najniższą krajową.
Na ulotną, jedną sekundę Ethan przerwał wycieranie. Spojrzał przez okno baru na drugą stronę ulicy i nasze spojrzenia się spotkały.
Widziałam, jak go to rozpoznało. Widziałam, jak głęboki, druzgocący żal rozlewa się po jego wyczerpanej twarzy, gdy patrzył na wspaniałą, nietykalną kobietę stojącą pod markizą restauracji, do której nigdy nie mógł sobie pozwolić.