Zatrzymał auto na poboczu i zaciągnął hamulec ręczny. Za oknem rozciągało się stare, niszczejące osiedle. Cegły w murach były wyszczerbione, a przed klatką schodową piętrzyło się kilka worków ze śmieciami.
Szóste piętro.
Bez windy.
Wyjął z bagażnika moją jedyną walizkę i ruszył przodem. Gdy mijaliśmy półpiętro na trzecim poziomie, nagle odwrócił się, by mnie ostrzec:
– Mamo, uważaj na stopień. Tu jest obluzowana płytka.
Naprawdę świetnie odgrywał rolę troskliwego syna.
Drzwi się otworzyły i uderzył mnie zapach stęchlizny, która wgryzała się w to miejsce od lat. Pokój nie miał nawet trzydziestu metrów kwadratowych. Pojedyncze łóżko stało pod ścianą, a na materacu widniały żółtawe plamy, których nie dałoby się już wyprać. Kran kapał miarowo, kropla po kropli, jakby odliczał komuś czas.
Ethan postawił walizkę, rozejrzał się i podrapał po głowie.
– Warunki są trochę kiepskie, ale to tylko tymczasowo. Mamo, jak tylko formalności z przeniesieniem własności zostaną załatwione, znajdę ci lepsze miejsce.
Przeniesienie własności.
Powtórzył te słowa z taką naturalnością, jakby rozmawiał o pogodzie.
– Tak.
Usiadłam na brzegu łóżka i uśmiechnęłam się do niego.