Odetchnął z ulgą, po czym udzielił mi jeszcze kilku rad. Powiedział, że kupi mi nowy koc i poprosił, bym uzbroiła się w cierpliwość. Przed wyjściem zatrzymał się w progu na dwie sekundy.
– Mamo, muszę ci coś powiedzieć.
– Tak?
– Jutro musimy iść do notariusza. Ze strony taty jest dokument, na którym brakuje twojego podpisu. To tylko formalność.
– Jaki dokument?
– Uzupełnienie do przeniesienia własności domu. Brakuje zrzeczenia się praw współwłasności. Teoretycznie było to już zawarte w umowie rozwodowej, ale tamta strona tego nie zaakceptowała. Trzeba podpisać jeszcze jedną kopię.
Powiedział to lekko, jakby prosił mnie o odebranie paczki z paczkomatu.
– Dobrze. Ustal godzinę, przyjdę.
Skinął głową i wyszedł. Odgłos jego kroków oddalał się na schodach, aż w końcu został pochłonięty przez huk żelaznych drzwi na parterze.
Siedziałam sama na tym obcym łóżku, nieruchoma. Ekran telefonu rozświetlał się i gasł, po czym znów zapalał. To nie było połączenie. To była wiadomość.
Otworzyłam ją i zobaczyłam nowe wpisy na czacie grupowym. Nazwa grupy to „Rodzina Wilsonów” – nasza stara grupa rodzinna. Myślałam, że po rozwodzie natychmiast mnie z niej usuną. Ale nie. Może po prostu zapomnieli.
Nadawcą był Richard Wilson, mój były mąż.
Napisał: