„Czy połknęła coś dużego?” – zapytał doktor Aris. „A może… coś owinęło się wokół jej szyi? Może sznur z rolety okiennej?”
Ścisnął mi się żołądek. Ogarnął mnie zimny, mdły strach. Zanim zdążyłam w ogóle zrozumieć przerażające konsekwencje jego oceny medycznej, ciężkie, automatyczne drzwi sali urazowej otworzyły się z cichym szmerem.
Travis wszedł do pokoju.
Nie biegł. Nie wyglądał na spanikowanego. Wszedł z rękami nonszalancko w kieszeniach dżinsów, przybierając maskę lekkiego, głęboko zirytowanego niepokoju. Wyglądał jak człowiek, którego wyciągnięto z meczu futbolowego, żeby zajął się cieknącym kranem.
„Nic jej nie jest?” – zapytał głośno Travis, a w jego głosie pobrzmiewała wyraźna nuta „Mówiłem ci”. Zatrzymał się u stóp łóżka, patrząc na maskę tlenową z jawną irytacją. „Mówiłem ci, że nic jej nie jest, Sarah. Przesadziłaś. Teraz będziemy tu tkwić całą noc, zajmując się rachunkami ze szpitala”.
Dr Aris zesztywniał, a jego profesjonalna postawa natychmiast stwardniała pod wpływem bezdusznego tonu Travisa.
Ale to nie reakcja dr. Arisa sprawiła, że krew szumiała mi w uszach.
Starsza pielęgniarka pediatryczna, kobieta o srebrnych włosach schowanych pod czepkiem chirurgicznym, której identyfikator głosił Elena, stała po drugiej stronie łóżka i regulowała przepływ w kroplówce Lucy.
Kiedy Travis mówił, Elena podniosła wzrok znad pompy.
Spojrzała na twarz Travisa.
Przemiana była natychmiastowa, instynktowna i absolutnie przerażająca.
Z twarzy Eleny zniknęły wszystkie kolory, przez co jej skóra wyglądała jak woskowe zwłoki w ostrym świetle jarzeniówek. Jej oczy rozszerzyły się nienaturalnie, wpatrzone w mojego męża z wyrazem czystego, nieskażonego, paraliżującego przerażenia.
Ciężka plastikowa karta medyczna, którą trzymała pod