Dr Aris nie wahał się ani chwili. Jego postawa zmieniła się z postawy lekarza konsultanta w postawę dowódcy taktycznego. Płynnie, bezszelestnie obszedł koniec łóżka, fizycznie wsuwając swoją wysoką sylwetkę między Travisa a miejsce, w którym siedziałyśmy z Lucy.
„Proszę pana” – powiedział dr Aris całkowicie gładkim głosem, emanującym aurą bezwzględnego, nudnego, biurokratycznego protokołu. W jego głosie nie było śladu paniki ani oskarżenia. „Cieszę się, że pan przyjechał. Potrzebujemy, żeby główny ubezpieczyciel natychmiast zgłosił się do recepcji w holu głównym”.
Travis zmarszczył brwi, a jego oczy zwęziły się podejrzliwie. Maska lekko się zsunęła, odsłaniając irytację. „Dlaczego? Moja żona ma karty ubezpieczeniowe w torebce”.
„Potrzebujemy pańskich fizycznych, mokrych podpisów na oświadczeniach o zrzeczeniu się odpowiedzialności, aby zezwolić na przeniesienie dziecka z tego oddziału urazowego na specjalistyczny oddział pulmonologiczny” – skłamał bezbłędnie dr Aris, wskazując gestem na ciężkie, podwójne drzwi. „To obowiązkowy protokół szpitalny dla nieletnich. Jeśli w ciągu dziesięciu minut nie będziemy mieli podpisu głównego ubezpieczyciela, jesteśmy prawnie zobowiązani do przerwania leczenia i rozpoczęcia procedury wypisowej”.
Travis spiorunował mnie wzrokiem, wyraźnie zirytowany niedogodnościami związanymi z koniecznością pełnienia obowiązków ojca. Spojrzał na dr. Arisa, próbując przejąć kontrolę. „Zrobię to później. Chcę zobaczyć córkę”.
„To musi być natychmiast, panie Vance” – nalegał dr Aris, tonem uprzejmym, ale nieustępliwym. Odwrócił się i napotkał wzrok potężnego, barczystego sanitariusza przechodzącego obok otwartych drzwi. „Marcus, proszę odprowadzić pana Vance’a do izby przyjęć numer 3. Powiedz im, że to przyjęcie priorytetowe”.
Travis wyraźnie nie chciał wychodzić z sali. Chciał zachować kontrolę nad przebiegiem wydarzeń, upewnić się, że nie powiem lekarzom niczego „dramatycznego”. Jednak obecność rosłego sanitariusza i groźba gigantycznego rachunku za szpital bez ubezpieczenia ostatecznie przeważyły nad chęcią krążenia.
Posłał mi ostatnie, ostrzegawcze spojrzenie. „Nie podpisuj niczego, dopóki nie wrócę” – rozkazał, po czym odwrócił się na pięcie i poszedł za sanitariuszem przez podwójne drzwi.
W chwili, gdy ciężkie drzwi zamknęły się za nim z trzaskiem, atmosfera na oddziale urazowym gwałtownie się zmieniła.
Siostra Elena nie podeszła do drzwi; pobiegła. Nacisnęła ciężki, czerwony, przemysłowy przycisk blokady na panelu ściennym, załączając elektroniczny rygiel od środka z głośnym, zdecydowanym trzaskiem.
Odwróciła się do mnie twarzą, łzy spływały jej swobodnie po twarzy, ręce drżały, gdy ściskała metalową poręcz łóżka Lucy.
„Nazywa się Travis Vance, prawda?” zapytała Elena łamiącym się głosem, z unoszącą się piersią. „Mieszkał w Seattle w stanie Waszyngton pięć lat temu”.
Wpatrywałam się w nią, a moje myśli wirowały, desperacko próbując nadążyć. Travis mieszkał w Seattle, zanim poznaliśmy się w Chicago. Rzadko
Mówił o swojej przeszłości, twierdząc, że to bolesny rozdział, który wolał zostawić za sobą. Szanowałam jego granice. Myślałam, że jest po prostu skrytym człowiekiem.
„Tak” – wyjąkałam, ściskając krawędź materaca. „Tak, mieszkał w Seattle. Skąd wiesz? Kim jesteś?”
„Bo pięć lat temu nie byłam pielęgniarką w Chicago” – szlochała Elena, wycierając twarz rękawem fartucha. „Byłam starszą pielęgniarką pediatryczną w szpitalu Seattle Grace. Byłam pielęgniarką dyżurną tej nocy, kiedy przyniósł swojego sześciomiesięcznego pasierba”.
W pokoju zapadła całkowita, absolutna cisza. Rytmiczne pikanie kardiomonitora Lucy nagle zabrzmiało ogłuszająco.
„Zaniósł dziecko na ostry dyżur” – kontynuowała Elena, a jej głos zniżył się do przerażającego, przepełnionego lękiem szeptu. „Grał dokładnie tę samą rolę. Zirytowany. Znudzony. Powiedział, że dziecko „właśnie przestało oddychać w łóżeczku”. Powiedział, że to prawdopodobnie SIDS”.
Nie mogłam oddychać. Spojrzałam na moją dwuletnią córeczkę, która walczyła o powietrze przez maskę tlenową.
„Ale to nie był SIDS” – szlochała Elena, a jej ręce drżały gwałtownie. „Sekcja wykazała wybroczyny krwawe w oczach i silny, długotrwały ucisk tchawicy. Uduszenie. Travis udusił to dziecko na śmierć w łóżeczku, bo nie przestawało płakać”.
Podłoga zdawała się zapadać pode mną. Sterylne ściany sali urazowej wirowały dziko.