Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem po powrocie do domu, po sześciu latach wyczerpującej pracy w Paryżu, nie był mały, jasny, kamienny dom z bladoniebieskimi okiennicami, który kupiłem, żeby moi rodzice mogli w końcu spokojnie się zestarzeć.
Nie był to też zadaszony taras, o którym zawsze marzyła moja matka, ten, gdzie, jak mówiła, chciałaby co wieczór siedzieć z gorącą herbatą ziołową, z różańcem w palcach, podczas gdy słońce chowało się za wzgórzami Périgord.
Nie był to sad, za który zapłaciłem, żeby mój ojciec nigdy więcej nie musiał wynajmować się innym, w swoim wieku, za kilka zmiętych banknotów i garść wstydu.
Nie.
Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem, był mój ojciec zamiatający podwórko w upale lipcowego słońca, jak człowiek, który przestał oczekiwać od kogokolwiek życzliwości.
Koszulę miał przesiąkniętą potem.
Pięć miał zgarbionych pleców.
A jego twarz zdawała się postarzała o piętnaście lat przez sześć lat mojej nieobecności.
A na tarasie, siedząc w cieniu niczym dwie damy zamku, siedziały moja bratowa Camille i jej matka, Madame Delcourt, pijąc syrop grenadynowy z wysokich szklanek. Ich nadgarstki były obwieszone bransoletkami, palce obsypane pierścionkami, a twarze lśniły od drogich kremów, opłaconych pieniędzmi, które wysłałem na leki dla rodziców.
Siedziałem w wynajętym samochodzie, ściskając kierownicę obiema rękami tak mocno, że aż bolały mnie palce.
Przez chwilę mój umysł odmawiał uwierzenia w to, co widziały moje oczy.
To nie mógł być mój ojciec.
To nie mógł być Jacques Moreau.
To nie mógł być ten człowiek, który kiedyś chodził prosto jak dąb, barczysty, o spokojnym głosie i dumnym spojrzeniu.
To nie mógł być ten człowiek, który bez narzekania dźwigał dwie skrzynki jabłek i który w dzieciństwie podnosił mnie jedną ręką, żebym zrywał czereśnie rosnące zbyt wysoko na drzewie za stodołą.
Ale to był on.