Samochód odjechał, wzbijając kurz z drogi.
A kiedy cisza powróciła, była inna.
To już nie była cisza strachu.
To była cisza domu, który próbuje się na nowo odnaleźć.
Moja matka załamała się pierwsza.
Usiadła na schodach tarasu i płakała, bo nie widziałem jej płaczącej od dzieciństwa.
Usiadłem obok niej i wziąłem ją w ramiona.
Mój ojciec siedział po drugiej stronie, wciąż nie mogąc uwierzyć, że nikt już nigdy nie każe mu zamiatać, pochylać głowy ani zbierać odłamków szkła, których nie stłukł.
Tomasz stał na dziedzińcu, sam, jak dziecko ukarane przez własne sumienie.
Po długiej chwili podszedł.
Zatrzymał się przed naszym ojcem.
Po czym uklęknął.
„Wybacz mi, tato”.
Ojciec nie spieszył się z odpowiedzią.