Arthur, brat Eleanor i mężczyzna, który mnie zatrudnił, miał osiemdziesiąt jeden lat, był wdowcem, bystrym i podejrzliwym człowiekiem. Nadal chodził o lasce, ale personel szeptał, że jego zdrowie szwankuje.
Jego córka, Vivien, uśmiechała się jak miód i patrzyła na ludzi wzrokiem tak zimnym, że aż ciarki przechodziły mi po plecach.
Vivien przychodziła prawie każdego popołudnia, zawsze idealnie ubrana, z perłami brzęczącymi na szyi, a prawnik zazwyczaj podążał tuż za nią.
„Tato, potrzebujemy tylko twojego podpisu” – mówiła słodko. „Chodzi o plan opieki nad Eleanor. Znaleźliśmy tańszą placówkę”.
„Eleanor zostaje tutaj” – odpowiadał Arthur.
„Tato, bądź rozsądny. Ona już prawie nie wie, gdzie jest. A kiedy cię nie będzie…”
„Ona dokładnie wie, gdzie jest, Vivien. Rozumie więcej, niż wam się wydaje”.
Pewnego popołudnia Vivien zauważyła mnie stojącego w drzwiach z tacą z herbatą Eleanor.
„A kto to jest?”
„Opiekunka Eleanor” – odpowiedział Arthur. „Jest tu od miesiąca”.
„Hm”. Jej wzrok powoli przesuwał się po mnie, niczym kot badający coś, co może w końcu zaatakować. „Jak miło”.
Kilka tygodni później zadzwonił szpital, kiedy czytałem Eleanor. Przeprosiłem i wyszedłem na korytarz.
Ręce już mi drżały, zanim odebrałem.