Dziewiętnastoletnia matka urodziła samotnie w preriowej ziemiance. Gdy nadeszła śnieżyca stulecia, przez trzy dni ogrzewała noworodka własnym ciałem — i oboje przeżyli.
Ziemianka na prerii
Terytorium Dakoty, 1887 rok. Kate Kampen miała 18 lat, gdy wyszła za mąż za Wilhelma, holenderskiego imigranta, który przybył do Ameryki w poszukiwaniu ziemi. Znaleźli działkę w Marion — kilka akrów trawy, wiatru i samotności.
Nie było tam drzew. Nie było sąsiadów w zasięgu wzroku. Najbliższe miasto, Parker, leżało 37 kilometrów dalej, za otwartą prerią, przez którą zimą droga potrafiła zmienić się w śmiertelną pułapkę.
Ich domem była ziemianka wykopana w zboczu wzgórza. Miała ściany z darni oraz dach z desek i trawy. Latem dawała trochę chłodu. Zimą zimno było w niej niemal zawsze. Mimo to była jedynym schronieniem, jakie mieli.
Wilhelm pracował od świtu do zmierzchu. Kate prowadziła dom, hodowała kury, doiła krowę, gdy ją mieli, i przygotowywała się na narodziny pierwszego dziecka.
Jesienią 1887 roku dowiedziała się, że jest w ciąży. Radość mieszała się ze strachem. Jak miała urodzić bez lekarza ? Kto miał jej pomóc, jeśli poród zacznie się nagle ?
Wilhelm powtarzał tylko :
„Damy radę. Zawsze dajemy radę”.
Kate bardzo chciała mu wierzyć.