Świnie, które uratowały Wilhelma
Podczas gdy Kate walczyła z zimnem w ziemiance, Wilhelm walczył z wiatrem na otwartej prerii.
Jego wóz okazał się bezradny wobec huraganu. Konie, wyczerpane i przerażone, padały jeden po drugim. Wilhelm został sam, około godziny drogi od domu.
Szedł. Upadał. Wstawał. I szedł dalej.
Po kilku godzinach trafił na stodołę. Nie wiedział, do kogo należała. W tamtej chwili nie miało to znaczenia. W środku były świnie — tuzin dużych, grubych, ciepłych zwierząt.
Wilhelm wczołgał się między nie. Zwierzęta były zaniepokojone, ale nie uciekły. Ich ciała były gorące, znacznie cieplejsze niż powietrze na zewnątrz.
Przytulił się do nich, objął ramionami największą i zasnął.
Spał tak przez trzy dni.
Obudził się, gdy burza zaczęła cichnąć. Był pokryty brudem i słomą, ale żył.
Czwarty dzień
Rankiem 15 stycznia 1888 roku — choć Kate nie była pewna daty, bo przestała liczyć dni — wiatr w końcu ustał.
Przez chwilę panowała cisza. Tak głęboka, że słyszała własne serce.
Potem usłyszała coś jeszcze.
Kroki na śniegu.