Próbowała wstać, ale nogi się pod nią ugięły. Była zupełnie sama.
Nie było nikogo, kto podałby jej wodę. Nikogo, kto przytrzymałby ją za rękę. Nikogo, kto powiedziałby : „Oddychaj, dasz radę”.
Ból narastał. Kate chodziła po ziemiance tam i z powrotem, bo słyszała, że to może pomóc. Każdy krok był męką. W końcu upadła na kolana przy łóżku.
Urodziła na podłodze.
Czy krzyczała ? Nie pamiętała. Może tak. A może wiatr zagłuszył jej głos.
Gdy dziecko w końcu przyszło na świat, Kate była tak wyczerpana, że przez chwilę nie mogła go nawet podnieść. Leżała na ziemi, a jej syn leżał kilka centymetrów od niej — pokryty krwią i śluzem — i płakał.
To właśnie jego płacz ją uratował.
Zebrała resztki sił. Podniosła go. Przecięła pępowinę. Owinęła dziecko w starą koszulę Wilhelma, ścierkę i resztki materiału, jakie miała pod ręką.
Nazwała go Henry.