Dom wydawał się ciężki i czujny, jak stare wiktoriańskie domy, gdy słońce zaczyna chować się za horyzontem. Deszcz uderzał o szybę w rytmiczny, upiorny sposób, który pasował do tykania zegara w holu.
Na mahoniowym kominku mój zmarły mąż, Arthur, uśmiechał się do mnie z pozłacanej ramki, wyglądając olśniewająco w smokingu w naszą srebrną rocznicę ślubu. Tuż obok niego wisiał polaroid przedstawiający siedmioletniego Wesleya, dumnie prezentującego mulistego pstrąga, jakby właśnie podbił cały Ocean Atlantycki.