Kiedy naprawdę się obudziłam, Vanessa już płakała przy moim łóżku.
Nie w żałobie.
Występowała.
Jej tusz do rzęs ułożył się w dwie nieskazitelne, czarne strużki po policzkach. Daniel stał za nią, blady i zapadnięty, ściskając poręcz łóżka, jakby tylko ona utrzymywała go w pionie.
„Och, Evelyn” – wyszeptała dramatycznie Vanessa, ściskając moją dłoń w swoich. „Prawie cię straciliśmy”.
Wpatrywałam się w jej palce.
Trzy tygodnie wcześniej te same palce nosiły mój pierścionek z szafirem. Twierdziła, że Daniel dał jej go na rocznicę.
Daniel nie wiedział, że pierścionek był zamknięty w moim prywatnym sejfie.
„Jakie to wzruszające” – wyszeptałam słabo.
Vanessa mrugnęła. „Potrzebujesz odpoczynku”.
„Słyszałam to”.
Zamarła na pół sekundy. Większość ludzi by tego nie zauważyła.
Daniel nie.
„Co słyszałaś, mamo?”
Powoli spojrzałam na niego. „Maszyny. Głosy. Niebo odmawia przyjęcia mnie”.
Vanessa zaśmiała się zbyt szybko. „Wciąż żartujesz. To nasza Evelyn”.
Nasza Evelyn.