„W czym mogę pomóc?” zapytała. W jej głosie słychać było melodyjny południowy akcent, który rozpoznałam z telefonu, ale przebijała w nim natychmiastowa, obronna ostrożność.
„Jestem Nora” – powiedziałam.
Nie westchnęła. Nie upuściła narzędzi. Po prostu wyłączyła pedał gazu. Cisza, która zapadła, była ogłuszająca. „Juliana tu nie ma. Wczoraj uciekł z powrotem do Nowego Jorku”.
„Wiem” – odpowiedziałam, robiąc krok w głąb jej sanktuarium. „Nie przyszłam tu, żeby zobaczyć Juliana”.
Wstała, wycierając brudne dłonie w fartuch. Nie była wysoka, ale miała solidny, nieugięty środek ciężkości. „Więc przyszłaś obejrzeć potwora? Tego, który niszczy domy?” Jej ton nie był przepraszający; był przesiąknięty znużoną ironią.
„Nie zniszczyłaś mojego domu” – odparłam, a ta świadomość smakowała mi miedzią na języku. „Bo najwyraźniej nigdy tak naprawdę go nie miałam”.
Clare prychnęła sucho i gorzko. „Zadzwonił do mnie wczoraj w nocy w panice. Powiedział, że się dowiedziałaś i go wyrzuciłaś”. Oparła się o zardzewiały zlew. „Powiedziałam mu, że to nie mój problem”.
„To całkowicie twój problem!” Mój głos się załamał, a stłumiona wściekłość z zeszłego tygodnia wylała się na zewnątrz. „Masz z nim dziecko! Masz z nim całe życie! Jak długo to robisz?”
Wpatrywała się we mnie, oceniając, czy zasługuję na prawdę. „Od zawsze” – powiedziała cicho. „Byliśmy parą od liceum. Pojechał na północ, poznał elitę Manhattanu, poznał ciebie. Zanim dowiedziałam się, że się z tobą zaręczył, byłam już w ciąży z Lucy”.
Ziemia pode mną zadrżała. „Wiedział?”
„Poprosił mnie, żebym się tego pozbyła” – stwierdziła, a jej oczy stwardniały niczym kamień. „Powiedziałam mu, żeby poszedł do diabła. Pojechał do Nowego Jorku i ożenił się z tobą. Ale kiedy się urodziła… nie mógł się ode mnie odczepić. A ja pozwoliłam mu wrócić, bo mała dziewczynka zasługuje na ojca”.
Pojechał do Nowego Jorku i ożenił się z tobą. Mój dzień ślubu – dzień, w którym myślałam, że moje życie się zaczyna – był tylko tchórzliwą próbą ucieczki przed ciężarną dziewczyną z Południa.
„Czy on cię kocha?” – wyszeptałam, a pytanie drapało mnie po gardle.
Clare spojrzała na swoje ubrudzone gliną dłonie. „On jest nałogiem. Komplikacją. Bawi się tu w dom, ale potrzebuje swojego wymyślnego nowojorskiego imienia. Zawsze do ciebie wraca”.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, z drewnianych schodów z tyłu rozległ się szybki tupot małych stóp. Z dołu dobiegł śpiewny głos. „Mamo! Skończyłam matematykę! Mogę zejść?”
Postawa Clare natychmiast stężała. Cyniczna rzemieślniczka zniknęła, zastąpiona przerażoną matką. „Chwileczkę, kochanie!” – odkrzyknęła, wymuszając radosny, melodyjny głos. Ona…
Odwróciła się do mnie, błagając mnie wzrokiem. „Musisz wyjść. Proszę. Nie chcę, żeby wiedziała, kim jesteś. Jeszcze nie”.
Głowałam bezsilnie, cofając się w stronę drzwi. Gdy tylko przekroczyłam próg, dziewczynka wbiegła na podest. Zatrzymała się, a jej duże brązowe oczy wpatrywały się we mnie.
„Mamo” – zapytała Lucy, a jej głos rozbrzmiał echem w nagłej ciszy – „kim jest ta pani?”