Minęła matkę, plecak z jednorożcem obijał się o jej nogę, i stanęła tuż przede mną. „Mój tata przyszedł wczoraj wieczorem. Płakał”. Stwierdziła to bez ogródek. „Nadal jesteś na niego zła?”
„Tak” – odpowiedziałam szczerze. „Jestem”.
Lucy skinęła głową z poważną mądrością, jaką posiadają tylko dzieci po traumatycznych przeżyciach. Rozpięła plecak i wyciągnęła szkicownik, przerzucając go na ostatnią stronę. Wyrwała kartkę papieru i podała mi ją.
Drżącą czerwoną kredką narysowano duże serce. W środku widniały litery DBS.
„Co to znaczy?” zapytałam ze ściśniętym gardłem.
„Nie smuć się” – wyszeptała. „To działa, kiedy kolejka górska jest zła”.
Wzięłam kartkę, a wzrok mi się rozmazał. To dziecko, żywy dowód zdrady mojego męża, dawało mi koło ratunkowe. „Dziękuję, Lucy. Jest pięknie”.
Clare wysłała Lucy na górę z przekąską. Godzinę później Julian wszedł do pracowni. Wyglądał okropnie – nieogolony, w drogim, pogniecionym garniturze, z szaleńczo rzucanymi oczami. Kiedy zobaczył nas oboje siedzących obok siebie na stołkach garncarza, resztki koloru odpłynęły mu z twarzy.
„Co to jest?” – wyjąkał.
„To koniec drogi, Julianie” – powiedziałam, a mój głos odbił się echem od ceramicznych wazonów. Rzuciłam kserokopie jego starych listów na stół. „Oś czasu została ujawniona. Kłamstwa wyczerpały się”.