Gdy tylko Peter wyszedł po kawę, ruszyłam z szaloną energią. Okrutny komentarz Eleanor na temat mojej ciąży coś wytrącił z mojej pamięci. Weszłam do prywatnego gabinetu Juliana, sanktuarium wyłożonego mahoniową boazerią, do którego rzadko wchodziłam.
Przeszukiwałam jego szafki na dokumenty, aż dotarłam do najwyższej półki. Za rzędem encyklopedii architektonicznych leżało stare, zniszczone tekturowe pudło. Zsunęłam je, serce waliło mi w piersiach.
W środku były listy. Górna koperta, ze stemplem pocztowym z Luizjany, miała datę dokładnie miesiąc przed naszym ślubem. Wyciągnęłam papier w linie.
Julian, jestem w ciąży. Dwanaście tygodni. Musisz zdecydować, co zrobisz. Czy zostaniesz ojcem, czy przejdziesz przez most do Nowego Jorku i nigdy nie spojrzysz wstecz.
Wiedział. Gdy przymierzał smoking, gdy smakował próbki ciasta, wiedział.
Pod tym listem leżał stos dziecięcych rysunków Lucy, a pod nimi plastikowa teczka z moją starą dokumentacją medyczną od dr. Brooksa. Przeglądałem raporty z mojego poronienia, aż znalazłem ostatnią stronę – raport endokrynologiczny, który zamówiłem kilka miesięcy po stracie.
Moją uwagę przykuł zapisek lekarza na marginesie: Poziom progesteronu niebezpiecznie niski w fazie lutealnej. Zgodny z silnym, długotrwałym stresem. Głównym czynnikiem może być środowisko emocjonalne pacjenta.
Silny, długotrwały stres. Miesiące, które spędziłem samotnie w tym jaskiniowym mieszkaniu, płacząc, podczas gdy Julian ignorował moje telefony, bo był zajęty budowaniem swojego sekretnego życia w Bywater. Jego kłamstwa nie tylko złamały mi serce. Zmieniły chemię mojego ciała. Kosztowały mnie syna.
Mój telefon zawibrował na biurku. Połączenie przychodzące: Julian.