Przez pięć lat prawie zawsze milczał. Zawsze dyskretny. Zawsze na uboczu. Siedział sam na werandzie z gazetą albo w ogrodzie, przycinając róże, jakby napięcie w tym domu go nie dotyczyło.
Nigdy mnie nie bronił.
Ale nigdy mnie też nie upokorzył.
Po prostu tam był.
Spokojny człowiek w domu pełnym uprzejmego okrucieństwa.
Odwróciłam się.
Stał przy koszach na śmieci z czarnym workiem w ręku.
„Skoro wychodzisz” – powiedział powoli – „wynieś to dla mnie po drodze”.
Uniósł lekko torbę.
„To tylko śmieci”.
Byłam zaskoczona.
Nic nie boli.
Nie do końca.
Po tym wszystkim, przez co właśnie przeszłam, ten gest wydawał się niemal banalny.
Skinęłam głową.
„Oczywiście”.
Wzięłam torbę.
Był dziwnie lekki.
Za lekki.
Spojrzałam na niego przez chwilę, a potem podniosłam wzrok.
Pan Henri patrzył na mnie z miną, jakiej nigdy wcześniej u niego nie widziałam.
Bez litości.
Bez wstydu.