Nie kupiłam luksusowego samochodu.
Nie chciałam niczego udowadniać Delorme’om.
Po prostu robiłam to, o czym zawsze marzyłam, zanim poznałam Juliena.
Otworzyłam małą herbaciarnię w Lyonie, niedaleko Croix-Rousse.
Nazwałam ją La Deuxième Lumière (Drugie Światło).
Na początku
Były tylko cztery stoliki, gablota z kilkoma domowymi tartami, stary ekspres do kawy i mnóstwo wątpliwości.
Sam zrobiłem cytrynowe magdalenki, quiche na lunch, gęste gorące czekolady na deszczowe dni.
Obsługiwałem klientów z delikatnością, którą myślałem, że utraciłem.
Studenci przychodzili do pracy przez okno.
Emeryci zasiadali, żeby rozmawiać godzinami.
Czasami kobiety przychodziły same z tym spojrzeniem, które znałem aż za dobrze: spojrzeniem kogoś, kto potrzebuje miejsca, żeby odetchnąć.
Więc się do nich uśmiechałem.
Nie zadawałem pytań.
Stawiałem przed nimi gorący kubek.
I czasami to wystarczało.
Kawiarnia stopniowo się zapełniała.
Ludzie zaczęli rozmawiać o moich tartach gruszkowych.
Potem o mojej herbacie z werbeny.
Potem nadeszła ta delikatna, prosta, niemal rodzinna atmosfera.