Włożyłam dokumenty z powrotem do koperty, a potem do torby.
Wrzuciłam pustą, czarną torbę do publicznego kosza na śmieci na rogu.
I po raz pierwszy od lat się nie bałam.
Uniosłam rękę i zamówiłam taksówkę.
„Dokąd pani jedzie?” zapytał kierowca.
Ściskałam mocno kopertę do piersi.
„Do Villeurbanne”.
Podróż wydawała się surrealistyczna.
Lyon przemknął za oknem: brzegi Saony, stare fasady, spieszący się przechodnie, zatłoczone kawiarnie, witryny piekarni, gdzie złote croissanty zdawały się należeć do innego życia.
Opuściłem dom, w którym każda ściana przypominała mi, że jestem niechciany.
I jechałem do miejsca, którego nigdy nie widziałem, ale które już nosiło moje imię.
Mieszkanie znajdowało się na trzecim piętrze prostego, czystego budynku, z klatką schodową pachnącą woskiem i świeżo wypranymi ubraniami.
Kiedy otworzyłem drzwi, chciało mi się płakać.
Było małe.
Jasny pokój.
Biała kuchnia.
Jasne drewniane podłogi.
Wąski balkon z widokiem na cichą ulicę.
Na stole leżał zapasowy klucz.
I list.
Rozpoznałem go od razu.
To samo pismo, co na kopercie.
Otworzyłem list.
Tylko kilka linijek.
„Elise,