Sobota, 17:30.
Posiadłość Whitaker
W rozległym domu w stylu kolonialnym, który formalnie należał do Sarah, ale pozwolił zamieszkać w nim swoim rodzicom „dla zachowania pozorów”, panował gwar.
Linda Whitaker była w głównej sypialni, zmagając się z zamkiem błyskawicznym swojej cekinowej sukni. „Robert! Robert, przestań pić szkocką i chodź mi pomóc!”
Robert Whitaker wszedł do środka, poprawiając muszkę. „Spokojnie, Linda. To będzie triumf. Słyszałem, że senator przywozi swoją nową żonę”.
„Gdzie są firmy cateringowe?” zapytała Linda, marszcząc brwi wpatrując się w okno. „Powinni byli być tu o drugiej, żeby się rozstawić. Nie słyszałam ani jednego brzęku talerzy”.
„Sarah pewnie kazała im się rozstawić po cichu, żeby nie zakłócić naszej drzemki” – zbył ją Robert. „Wiesz, jaka ona jest sprawna. Pewnie kazała im zaparkować przy tylnym wejściu dla obsługi”.
„Prawda” – uśmiechnęła się Linda, podziwiając swoje odbicie w lustrze. „Ta dziewczyna. Jest taka… użyteczna. Trochę nijaka, ale użyteczna”.
Na dole Jessica robiła sobie selfie w holu. „Chłopaki! Oświetlenie tu jest okropne! Gdzie jest profesjonalna ekipa oświetleniowa, którą obiecała Sarah?”
Zadzwonił dzwonek do drzwi.
„Ach! Pierwsi goście!” Robert klasnął w dłonie. „Czas na przedstawienie!”
Robert otworzył ciężkie, dębowe, podwójne drzwi. Stali tam Millerowie – sąsiedzi.
„Robert! Linda!” – rozpromienił się pan Miller. „Gotowi na imprezę roku!”
„Proszę, proszę!” Robert wprowadził ich do wielkiego holu.
Ale gdy Millerowie weszli do środka, uśmiech zniknął z twarzy pani Miller. Rozejrzała się po przestronnym salonie.
„Och” – powiedziała. „Czy jesteśmy… wcześnie?”
Pokój wyglądał dokładnie tak, jak zawsze. Nie było okrągłych stołów z białymi obrusami. Nie było kwiatowych ozdób na stołach, górujących niczym wieżowce. Nie było baru ustawionego w kącie z kryształowymi kieliszkami. Nie było kwartetu smyczkowego grającego Vivaldiego.
Była tylko… sofa. I telewizor. I unoszący się zapach starego psa.
„Co u licha?” Linda zeszła po schodach, a jej cekiny odbijały światło zwykłej żarówki w korytarzu. „Gdzie są wszyscy?”
„Pracownicy?” zapytała pani Miller. „Podjazd jest pusty, Lindo”.
Linda zbladła. „Jessica, sprawdź kuchnię”.
Jessica pobiegła do kuchni na obcasach. Chwilę później wybiegła z powrotem z twarzą przerażoną. „Mamo. Lodówka jest pusta. Nic tam nie ma. Tylko karton mleka i resztki jedzenia na wynos”.
„Co?” ryknął Robert. „Gdzie jedzenie? Gdzie wino?”