Henri często do mnie dzwonił. Czasami pytał, jak się czuję. Czasami opowiadał o rodzinnej restauracji Delorme’ów w Normandii, którą chciał zmodernizować. Mówił, że mam „świeże spojrzenie”. To mnie rozbawiło.
Madeleine natomiast nie spieszyła się.
Na początku nigdy nie dzwoniła bezpośrednio. Dzwoniła przez Adriena. Pewnego dnia dostałam od niej wiadomość:
„Camille, czy mogłabyś wpaść na herbatę w niedzielę? Chciałabym z tobą porozmawiać”.
Długo się wahałam.
W końcu poszłam.
Czekała na mnie w salonie, bez krzykliwej biżuterii, bez wymuszonego uśmiechu. Na stole stała herbata, magdalenki i koperta.
„To nie pułapka” – powiedziała, jakby czytała mi w myślach.
Usiadłem.
Przepchnęła kopertę w moją stronę.
W środku znajdowało się stare zdjęcie Adriena jako dziecka, obsypanego mąką w kuchni, śmiejącego się serdecznie.
„Miał osiem lat” – powiedziała. „Chciał upiec mi tort urodzinowy. Spalił połowę ciasta”.
Niechcący się uśmiechnąłem.
Madeleine spuściła wzrok.
„Tego wieczoru, po twoim ślubie, bałam się, że stracę tego małego chłopca. Ale tak naprawdę to ja o mało nie straciłam syna”.
Jej głos lekko się załamał.
„Nie proszę cię, żebyś zapomniał. Proszę cię tylko, żebyś pozwolił mi spróbować stać się lepszym człowiekiem”.
Spojrzałam na kobietę, która mnie upokorzyła, a potem na matkę, która drżała na myśl o zniszczeniu własnej rodziny.
Wybaczenie nie przyszło od razu.
Ale coś się otworzyło.
Może jakieś drzwi.